Nie dano mi pamiętać czasów PRL-u, więc filmy opowiadające historie tego okresu nie przemawiają do mnie tak bardzo jak do osób emocjonalnie związanych z tym okresem w Polsce. Przy filmie „Dom zły” Pana Wojciecha Smarzowskiego poczułem się jakbym dostał obuchem w potylice. Obraz przedstawiony w filmie w genialny sposób odzwierciedla mentalność ludzi wtedy panującą. Ponura rzeczywistość PRL-u przedstawiana do tej pory wyłącznie w książkach czy fotografiach została uchwycona przez reżysera w sposób tak realistyczny, że aż przerażający.
Zacznijmy od początku. Smarzowski zabiera nas w Bieszczady gdzie zimą 1982 roku ekipa milicji próbuje ustalić szczegóły pewnej okrutnej zbrodni. Film jest oparty na zasadach retrospekcji. Wydarzenia z przeszłości przeplatają się z tymi rozgrywanymi obecnie w zegarmistrzowski sposób. Środoń główny podejrzany o popełnienie zbrodni opowiada o wydarzeniach sprzed 4 lat. Wizja lokalna zamienia się bardzo szybko w pijacką libację. Nikomu tak naprawdę nie zależy na dojściu do prawdy. Podczas wizji wychodzą na jaw wszystkie układy i układziki w jakie zamieszani byli praktycznie wszyscy urzędnicy. Jeżeli poleciałby jeden z nich, pociągnął by za sobą innych, dlatego nikt nie mógł sobie pozwolić na dochodzenie prawdy.



